Mamy punkt widzenia. W rolach głównych: Adaś rocznik 2010, Zosia rocznik 2007, oraz czasem Mama i Tata.
Kategorie: Wszystkie | Absurdy moje | Adaś | Dumania osobiste | Rodzinnie | Zosia
RSS
piątek, 11 maja 2012
Awanturniczo

Stało się. Dziś w godzinach wieczornym, na jednym z warszawskich osiedli, Zosia i jej ukochana przyjaciółka przedszkolna...  pokłóciły się. 

Najpierw wszystko szło pięknie - przyjaciółkę odebrałyśmy z przedszkola, była świetna zabawa w domu i radosne wyjście na placyk. Wieczór wydawał się doskonały - dzieci się dobrze bawiły, perfekcyjnie dogadywały, nikt z niczego nie spadł, w nic się nie walnął, brzemię odpowiedzialności za cudze dziecko było całkiem do udźwignięcia. 

Aż nastąpiło niewątpliwe zmęczenie materiału i... się zepsuło. Przez piłkę. Zieloną, niedużą Zosi ukochaną piłeczkę, którą jedna chciała trzymać częściej niż ta druga, a ta druga nie chciała dać i się pierwsza rozryczała a druga i tak nie dawała bo nie chciała choć tamta chciała ale ta się nie zgadzała choć tamta ryczała, itd... itp... Awanturę dało się słyszeć w mieszkaniu na piątym piętrze naszego bloku więc zakładam, że mieszkańcy sąsiedniego bloku też są w sprawie zorientowani. 

W końcu przyjaciółka postanowiła pójść do domu z zamiarem nigdy więcej na ten placyk nieprzychodzenia. Zosia wróciła do domu rozgorączkowana, z zamiarem nigdy więcej z przyjaciółką nierozmawiania. 

Ma pomysł - będzie do niej mówiła po zosiejsku, i tamta nic nie będzie rozumiała. A do innych będzie mówiła normalnie. (Znaczy, tak jej dokopie). I nigdy jej nie da swojej piłeczki. Bo tamta też jej czasem nie pożycza różnych rzeczy! 

"A tak w ogóle to Lena na pewno do poniedziałku już wszystko zapomni..."

rzekło moje dziecko, dając nadzieję, że mimo całej swej niechęci i zezłoszczoności, liczy gdzieś jednak, może jeszcze niezupełnie świadomie, na poweekendowy rozejm. 

Sztuka perswazji

Zosia, jak każdy młody i niemłody człowiek, ma różne sposoby na osiąganie zamierzonego celu. Celem bardzo częstym bywa najedzenie się czekolady.

Wczoraj, w dzień niestety nie-czekoladowy, argumenty i próby nacisku różnego typu miały miejsce. Jestem uodporniona na różne "wywrzaski" i pogróżki, że albo dam czekoladę albo córka będzie na mnie zła i obrażona już do końca dnia i mam sobie wybrać co wolę. Wszelkie niekonwencjonalne i niemerytoryczne próby wymuszania nie robią na mnie wrażenia i do Zosi chyba to dotarło. Przeszła zatem do bardziej wyrafinowanej metody walki o swoje, czyli przełożenia emocji na dyskusję.

No i jak tu nie skruszeć kiedy łkające dziecko sadowi się na kolanach i wyznaje pochlipując:

"Mamo, usiłuję ci wytłumaczyć, że jak chcesz żeby twoja córeczka była szczęśliwa, to musisz jej codziennie dawać czekoladę."

Jednocześnie kąciki ust lekko drżą usiłując nie uśmiać się z własnych słów. Przyznaję, że sprytny sposób okazał się na mnie skuteczny i skłonił do przedyskutowania dotychczasowych zasad.

No bo niby czemu nie można codziennie... kawałeczek....?? 


 


czwartek, 10 maja 2012
Dzieci o rok starsze

Mimo nadal ubogiego zasobu słownictwa, Adaś zaczął kolejny rok życia formułując zaraz po przebudzeniu w poimprezowy ranek swoje pierwsze zdanie, że "To ciocia jedzie". Nie wiadomo czy chodziło o którąś z przybyłych na imprezę cioć czy o Zosię, bo słowa póki co są tożsame, dopiero dopytany Adaś potwierdza jedną albo drugą wersję. Nikt nie dopytał tym razem, wcześnie jeszcze było jak na poimprezowy ranek więc pozwoliliśmy żeby się chłopak spokojnie wygadał po ilekroć będzie potrzebował. 

Również już jako dwulatek, zadebiutował słuchając calusieńkiej bajki, od początku do końca, bez walki o przewracanie stron nim skończę oraz z należytą uwagą i spokojem. Wszak to była bajka nie byle jaka, tylko o pociągach Edziu i Antonim, z nowo podarowanej wielkiej książeczki z bajkami dla chłopców, wcelowana doskonale w gust amatora motoryzacji i wielbiciela pociągów. Po udanym debiucie spodziewam się rekordu czytelniczego, jeśli zacznę zliczać ile razy dziennie Adaś każe ją sobie czytać.

Zosia natomiast bardzo przejęła się wejściem w posiadanie swojej pierwszej kosmetyczki. Znajdując tam szczotkę do włosów i lusterko, zapowiedziała, że teraz to już w ogóle nikt nie będzie mógł dotykać jej włosów, bo od tej pory będzie się czesała sama. Przy jednoczesnym mocnym postanowieniu zapuszczania włosów, ten zamiar zasiewa niepokój. Dla potwierdzenia swojej stanowczości, wczoraj, jak i dzisiaj, Zosia pomaszerowała do przedszkola z własnoręcznie ufryzowaną czupryną, z której wystawały tu i ówdzie spinki. I z kosmetyczką pod pachą.

Wielce trafione okazały się też wszelkiej maści prezenty do sztuk plastycznych i świetny zestaw do robienia potworków. Tylko pogoda popsuła szyki i umożliwia całowieczorne szaleństwa placykowe. Pozostają więc próby gmerania w twórczych zestawach rankiem w czasie na ubieranie się albo wieczorem w porze na kolację, co przyczynia się do podwyższonej konfliktowości domowej. Pozostaje czekać na deszcz. A to już ponoć tuż tuż...

poniedziałek, 07 maja 2012
Urodzinowo

Dziś,

wszyscy razem,

pełnym głosem,

radośnie i donośnie,

zaśpiewamy Ci Zosieńku

 piosenkę "O stolacie"!*

 

 * To jest piosenka, którą Zosia zawsze śpiewała i wciąż śpiewa (choć już tak jej nie nazywa) dla każdego kto ma święto. Na dodatek jest to piosenka, którą wszyscy inni też śpiewają, ale nie wiem czy ktoś zastanawiał się aż tak wnikliwie o czym ona jest.

Zatem do piosenki "O stolacie" przystępujemy:

 

Sto lat, sto lat

niech żyje, żyje nam

sto lat, sto lat

niech żyje, żyje nam

Jeszcze raz, jeszcze raz niech żyje, żyje nam

Niech żyje nam!

A kto?

Zosia!

 

Po części artystycznej pozwolę sobie na wywód wspomnieniowo-kupamięciowy i wrócę do barwnego okresu zosiowych 0-5 lat. Będzie długo, być może wyczerpująco i tendencyjnie. Ale proszę o wyrozumiałość - moja córka kończy dzisiaj 5 lat, to dla mnie naprawdę wyjątkowy dzień.

Przede wszystkim należy zauważyć, że Zosia wybrała sobie znakomitą datę do przyjścia na świat. Okres majówkowy jest wspaniały do celebrowania urodzin w plenerze. Choć Natura i Okoliczności mogą się tu upomnieć o własną sprawczość w tej kwestii, ale z racji święta pozwolę sobie na pewną powierzchowność.

Po porodzie, z którego właściwie nie pamiętam żadnego bólu i generalnie mam tylko strzępy wspomnień, wyczerpana fizycznie i zwalona gorączką dość długo dochodziłam do siebie. Pamiętam za to doskonale ból i totalną niemoc poporodową oraz długoterminowe problemy z siadaniem.

Zosia była pierwszym i wyczekiwanym wnuczęciem zarówno dla jednych jak i drugich dziadków. Dostała zatem na powitanie ogromną ilość niepodzielnej radości, uwagi i emocji. Niepodzielność trwała przez niemal półtora roku, aż do momentu pojawienia się drugiej wnuczki w rodzinie, obecnie absolutnie bezkonkurencyjnej wśród rodzeństwa, zosinej partnerki do zabawy.

Zosia zdecydowanie nie była dzieckiem wpisującym się w typowe schematy i tym razem silę się na ocenę w miarę obiektywną. Zatem nie mieliśmy problemów typu lękliwość, wstydliwość, pchanie się na ręce, bunt dwulatka, nieustępliwość, konfliktowość, niepodzielność swoim, agresja w stosunku do dzieci... Tego nie mieliśmy i nie musieliśmy się uczyć z tym postępować. Choć wówczas wydawało nam się, że wiele w tym naszej zasługi. Bogaci w wiedzę teoretyczną, zaangażowani, umieliśmy zawsze znaleźć drogę do porozumienia z córką. Ile z tego było naszych umiejętności a ile naturalnej "układności" ze strony Zosi trudno ocenić, ale trudności też nie brakowało. Zwłaszcza okres drugiej ciąży był dla nas obydwu specjalny, często trudny ale i ugruntowujący więź czasem bardzo mozolnymi doświadczeniami. Ale wracam do niego z rozrzewnieniem. Zaczynam odczuwać już ten rodzaj nostalgii, który tak często pobrzmiewa w zdziwionym głosie rodziców pytających się głucho "Kiedy one tak szybko wyrosły??". Z tego względu chcę jak najwięcej zapamiętać, naiwnie ufając, że uda się zachować sobie trochę tamtego czasu, bo kończąc drugi wychowawczy, zaczynam coraz mocniej odczuwać bezpowrotną przemijalność.

Zosi powiedzieliśmy o planowanym towarzystwie wcześnie, właściwie zaraz jak tylko upewniłam się, że faktycznie będzie. Chciałam, żeby później było czym jasno uzasadnić moje ewentualne niedyspozycje. Dbaliśmy zawsze o jasność i klarowność różnych wyjaśnień aby obyło się bez niepotrzebnego opowiadania bajek, tam gdzie te bajki będzie należało za jakiś czas korygować. Nowina większego wrażenia na niej nie zrobiła. Miała wtedy jakieś 2 lata i 4 miesiące. Wyraziła tylko preferencje w kierunku płci braciszkowej i zastanowiła się nad imieniem. Po namyśle zaskoczyła nas wyborem"Adasia"; nie mieliśmy pojęcia skąd jej takie imię przyszło do głowy. Żadnego Adasia, realnego ani bajkowego, nie znała. Zatem fasolka otrzymała "nazwę roboczą" i trzymałam kciuki, żeby nie trzeba było wyjaśniać dlaczego jednak wyczekiwany Adaś stał się siostrzyczką.

Czas ciąży naturalnie był ciężki. W pierwszym okresie z powodu dolegliwości wiadomych. Chodziłam ssąc landrynki i nosiłam awaryjną torebkę w kieszeni. Właściwie stwierdzenie, że chodziłam jest bardzo na wyrost. Strasznie ale to strasznie spadłam z sił. Byłam w stanie dowlec się na przyblokowy plac zabaw i osiąść gdzieś na ławce. Tam już Zosia sobie radziła bo na ogół zawsze jakieś towarzycho było. Była przyjaciółka Ula, przyjaciółka Pola i inne dzieci z bloku. Rozrodczość na osiedlu jest imponująca więc zaprzyjaźniać się jest z kim. A na dodatek towarzyskość Zosi była bez zarzutu, wyjątkowa wręcz. Na drugie urodziny miała już zdeklarowaną grupę koleżanek i można było organizować domowe kinder party. Właściwie nigdy nie podsuwaliśmy Zosi gotowych "koleżanek" w postaci dzieci znajomych, a wszelkie rodzeństwo cioteczno-wujeczno-stryjeczne (niepotrzebne skreślić) mieszka daleko, zatem wszystkie koleżanki i koledzy, z którymi się Zosia zaprzyjaźniała, były samodzielnie "zdobyte". I to właściwie my, dzięki jej towarzystwu, poszerzyliśmy kręgi znajomych wśród rodziców.

Oczywiście nie zawsze było świetnie, nie brakło też sytuacji problemowych. Bywałam rozgoryczona gdy usłyszałam jakąś mamę opowiadającą jak jej dziecko pomaga, jak rozumie kiedy mama jest zmęczona i jak jest czułe i współczujące. Z perspektywy czasu wiem, że takie zachowania u niespełna trzylatka to ewenementy albo przygodne zabawy, ale wówczas myślałam, że mam trudniej niż inni. Zosia wydawała się głucha na prośby o posprzątanie po sobie, na to, że jestem zmęczona, źle się czuję i że "za chwilę" czy "nie teraz". Ale dzięki towarzystwu innych mam i wartościowym "pogaduszkom" placykowym, zdobywałam się na wyrozumiałość, cierpliwość i wiedziałam, że Zosia od normy nie odbiega w tym względzie. Tak... nie ma to jak usłyszeć, że inni nie mają lepiej, a nawet czasem gorzej. Gorzko figlarna natura ludzka się czasem okazuje. 

Zosia, w porównaniu do rówieśników, była bardzo samodzielna. Na placu zabaw bywałam na ogół "zbędna" podczas gdy niektóre koleżanki wleźć do piaskownicy bez towarzystwa mamy nie mogły. Miliony razy byliśmy niezmiernie dumni z jej zaradności, posłuszeństwa, samodzielności. A kiedy zimą, z zaawansowanym już brzuchem, nie mogłam jej ciągnąć na sankach ani brać na ręce, nigdy się nie zbuntowała i nie protestowała, że musi tuptać obok sanek po szaleńczych zabawach na górce. A na górce była w swoim żywiole. Uwielbiała eskapady na różnych akcesoriach zjezdnych w jakimś równie zabawowym towarzystwie. Jej niespożyta energia, która była ogromnym atutem na zewnątrz, w domu bywała uciążliwa. Zwłaszcza, że Zosia miewała taką iskrę złośliwości (pewnie nieświadomej, raczej zabawowej), coś czym wyprowadzała z równowagi w jednej chwili. W takich sytuacjach mówi się, że ktoś nie wie kiedy przestać. Nawet korzystać z nocnika nauczyła się "w afekcie". Najpierw, w ramach uwieńczenia nieposłuszeństwa, zsikała się na środku pokoju, wielce z siebie zadowolona, co u mnie wywołało bezsilny wylew łez. Na szczęście akurat wrócił z pracy tata, przejął kontrolę nad sytuacją i w pewnym sensie podjął się pertraktacji. Kiedy emocje się wyciszyły, Zosia, jakby chcąc zadośćuczynić, pierwszy raz, z własnej inicjatywy, usiadła na nocniku i zrobiła siku, zupełnie naturalnie, jakby robiła to od lat. No to się drugi raz popłakałam, ze wzruszenia.

To było w wieku 2 lat i troszkę. A wracając do chronologicznego ciągu zdarzeń, wreszcie przyszedł "ten" moment i trzeba było jechać do szpitala urodzić Adasia. Dla Zosi mieliśmy umówione sąsiadki. Ale tej bliższej akurat tej nocy miało nie być, a w sąsiednim bloku postanowiliśmy nie wszczynać alarmu o 3 nad ranem. Na dodatek Zosia nas uprzedziła i sama się obudziła na czas, bo jakaś gadająca zabawka ni stąd ni zowąd jej się w pokoju włączyła. Zatem pojechaliśmy wszyscy. W ostatniej chwili, jak się potem okazało.

Kiedy byłam w szpitalu, Zosia została z tatem i pomocą znajomych. Pierwszy raz rozstałyśmy się na kilka dni. Spodziewałam się tęsknoty, wylewu łez, jakichś oznak buntu na stan rzeczy... a tu nic. Zosia znowu była dzielna, albo po prostu zajęta zabawą z koleżankami i nieco innym trybem życia pod opieką taty. Za to kiedy wróciłam, nie obyło się bez chyba dość typowego objawu - Zosia wydała mi się jakaś nieprzeciętnie duża, wydoroślała, jakby starsza o kilka lat. Nie trudno odgadnąć jak szalały emocje kilkuletniej nowo-siostry, kiedy moje fundowały mi ciągłą huśtawkę uczuć. Ale po pierwszym krytycznym tygodniu, zostałyśmy z Zosią same w towarzystwie malutkiego Adasia i po prostu należało się wyciszyć i uspokoić. Można uznać, że życie wróciło do normy. Stało się ciekawsze ale i fundujące więcej wyzwań. Miałyśmy z Zosią kilka miesięcy na oswojenie się z nową sytuacją, po czym w sierpniu, Zosia radośnie potuptała do wyczekiwanego już od dawna przedszkola. Nie da się ukryć, że odczułam sporą ulgę fizyczną, ale widując małe dziewczynki drepczące ze swoimi mamami nie raz wzruszenie ściskało mi gardło na myśl o tym, że oto jakiś etap mamy już z Zosią bezpowrotnie za sobą.

Jako siostra, Zosia bywa kochana, urocza, opiekuńcza i perfekcyjna w swych siostrzanych odruchach. Bywa taka zawsze wtedy kiedy akurat nie zachowuje się jak wredota, pies ogrodnika, złośnica albo panna gniewalska. Czyli chyba jest normalnie. Ale to zapewne najlepiej zweryfikuje kiedyś brat. Póki co jest w siostrę wpatrzony jak w wyrocznię i absolutny autorytet. 

A jaka jest Zosia teraz? Przyznam, że dużo trudniej jednoznacznie, w kilku zdaniach, stworzyć portret osobowy tego co tu i teraz. Dużo i szybko się zmienia. Czasami jest trudniej, czasami łatwiej. Bywa z górki, bywa jak po grudzie. Ale radzimy sobie, staramy się nadążać za zmiennościami, wspierać, wychowywać i kochać jak najbardziej się da.

Zdecydowanie łatwiej podsumowania przychodzą z perspektywy czasu. Zatem może o jakieś konkrety pokusimy się za rok...? 

Tymczasem, Kochana Córeczko, życzymy Ci wspaniałego roku numer 6!

I niech Ci się oczęta śmieją jak najczęściej!


czwartek, 03 maja 2012
Smak lata

Spędzamy tydzień u Babci i Dziadka. W domu z działką. Dzieciom, poza słodyczami, nic więcej do szczęścia nie potrzeba. Są wniebowzięte. 

Zosia nabrała kolorów, po niedawnych gorączkach nie ma już śladu. Oczy jej błyszczą, ćwierka radośnie różne miłe rzeczy. Wczoraj mnie niemalże błagała żeby mogła pomóc mi w myciu okien, a wcześniej grzeczniutko czekała na swoją kolej przy myciu samochodu, bo tata jej obiecał, że będzie mogła pomóc, tylko trochę później. 

Ponadto chodzimy nad rzekę wrzucać kamyki, śledzimy co i rusz jakiegoś kota, psa albo gonimy za Adasiem goniącym za stadem kur. Bawimy się też z kolegą Oliwierem z sąsiedztwa, do którego imienia Zosi się trudno przyzwyczaić i zwraca się do niego per "Oliwiarzu", czego tamten chyba jeszcze nie odnotował.

Dużo się też dzieje w obejściu - pięcioosobowa ekipa krząta się przy wymianie dachu, po ulicy jeżdżą co i rusz jakieś wywrotki i koparki drążące tunele pod kanalizację - dla kilkulatka to fascynujący spektakl dostarczający potrzebnych wrażeń bez żadnej inicjatywy ani nakładów finansowych z naszej strony.

Jest słońce, ćwierkające ptaki, kwitnące jabłonie i uczulający pyłek. Ale i tak jest pięknie. I wszyscy stęsknieni za wiosną mogą nadal użalać się nad jej nieobecnością, bo miast oczekiwanej pory roku przyszło znienacka upalne lato.

Zaliczyliśmy już brodzenie w jeziorze, eksplorację jego brzegu pełnego wodorostów oraz substancji niezidentyfikowanych organicznych i nieorganicznych, a także obserwacje sitowia maleńkich rybek i pływającej równiutko wzdłuż brzegu żabki, zachowującej się jakby sobie życzyła zastępu rozpiszczanych dzieciaków podążających za nią.

Adaś najmłodszy w grupie sióstr i braci cioteczno-wujeczno-stryjecznych (niepotrzebne skreślić), poprzez radosne naśladownictwo, próbuje niestrudzenie przyłączyć się do zabawy nie przejmując się kompletnie przeganianiem od czasu do czasu przez kilkuletnią "starszyznę".

My, mając najlepsze na świecie towarzystwo dla naszych dzieci, nadrabiamy deficyt wychodzeniowy, towarzyski i kinowy. Smakujemy uroki nocnego życia i już czujemy smak wakacji - odprężającą odmianę od codzienności.

Czuję, że odpoczywamy.

sobota, 28 kwietnia 2012
Zdrowiejemy, chorujemy, rozmawiamy

Dzisiaj dinozaury zaczęły już nieśmiałe ryczenie, termometr nie był potrzebny a katar z adasiowego nosa przeszedł do mojego. 

Zdrowsza Zosia analizuje, zgłębia, snuje refleksje i dochodzi do wniosków.

Dziś przy śniadaniu zagaduje:

"Mamo, po zastanowieniu uznałam, że jednak lepiej być dzieckiem niż dorosłym"

- Dlaczego?

"Bo dorośli nie mają zabawek!"

(Ależ oczywiście :-) )

"Muszą chodzić do pracy... I mają dużo obowiązków"

Szukam jakiejś stosownej riposty uważając aby nie wytoczyć kąśliwej uwagi o zosiowej obowiązkowości.

- Ale gdyby dzieci były ciągle dziećmi... - zaczynam, choć nie wiem jeszcze o co mi chodzi.

"... to by nie rodziły się nowe dzieci. I byśmy wymarneli"

Tak więc rankiem ustaliłyśmy z Zosią co nas właściwie chroni od zagłady, natomiast wieczorem poznałam tajemne techniki origami i kilka nowych przymiotników. Mianowicie, dowiedziałam się jak się składa papier w kopertę po zosiejsku, a jak po potworsku. I czym się różni (bo czymś jednak) wersja zosioska od potworskiej.

A idąc tropem przymiotników, zastanawiam się czy w jutrzejszą podróż do babć i dziadków Zosia zabierze swoje agenckie dzidzie, które co prawda w modnej ostatnio zabawie w agentów nie biorą udziału, ale doceniam ten błysk dziewczyńskości po pasjonujących kolejno strażaku Samie, Rajdku i dinozaurach.

 

środa, 25 kwietnia 2012
Deficyt objawów

Poprzedni tydzień zszedł nam z Zosią na powstrzymywaniu rozbuchanego słupka niby-rtęci gdzieś przed 40-stym stopniem. Wysoka gorączka bez żadnych objawów budziła niepokój. Ale hasło "trzydniówka" się gdzieś kołatało i to nic, że już może trochę za duża. Pani doktor, widząc moje zasmucenie na wieść, że nic nie wybadała, zapytała, czy wolałabym, żeby była angina. Nie wolałabym, ale nie wiedzieć na czym stoję też nie wolę. Zatem w sobotę niezmiernie się wszyscy ucieszyliśmy, kiedy odkryliśmy u Zosi nakrapiane plecy i brzuch. Więc radośnie, metodą "szukaj w sieci" zdiagnozowaliśmy rumień nagły, a dla uspokojenia stawiliśmy się jeszcze u realnego pediatry coby potwierdził.

W poniedziałek już bryka, imprezujemy na Adasia urodzinach.

We wtorek też bryka, idziemy na hulajnogę, autko, placyk, lizaka, bananka...

A dziś znów zbijam gorączkę. Już nie tak wysoką, ale wyczerpującą. A pani doktor na nowo zaleca czekać na dodatkowe objawy. Zosia jest słabiutka i bladziutka. Grzeczniutka, cichutka i wylegująca się głównie. 

Ja natomiast ucieszyłam się rzewnie, gdy usłyszałam w przypływie Zosinej lepszej formy jakieś rechotanie do Adasia o kupie i pupie. Do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze solidnych ryków dinozaurów i może jakichś gili, czy kaszlu chociaż...

Tagi: choroby
23:48, may_bi , Zosia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Czas na tort

Dziś oto nadszedł dzień, kiedy to nasz

buntownik bez powodu

krzykacz nad krzykaczami

sprzątacz doskonały

pracz zaangażowany

operator odkurzacza niezastąpiony

kur domowy najlepszy z najlepszych

braciszek Adanio kochany

amator brody nieustępliwy

 dręczyciel włosów siostrzanych

pan obrażalski wytrwały

fan pociągów zdeklarowany

amator aut ukochanych

syneczek mamusiowy

czasem tatusiowy

Zosiowy też czasem

braciszek wpatrzony

naśladowca genialny

przytulak cudowny

i niezastąpiony

 

ma urodziny!

 

Adasieńku, śpiewamy gromkie 100 lat i szykujemy się na imprezowy wieczór:-)

 

A tymczasem powspominam. Jaki był Adaś kiedyś? Swoją indywidualność zaznaczył już na początku, rodząc się pewnego piątku, jako jedyny w rodzinie w dniu bez podwójnej siódemki w dacie. A po porodzie, szybkim, sprawnym (jak to często wspominałam, "ledwo umówiona położna zdążyła wpaść i go złapać") przespał przytulony do mnie kilka godzin, nim go znowu zaczęto dręczyć myciem, ubieraniem, odmierzaniem. Ale w międzyczasie odbyło się pierwsze spojrzenie. Kiedy mi go położyli na piersi, golutkiego, odchylił głowinę, spojrzał na mnie jakoś tak przytomnie, celując prosto w oczy. I widać zostałam zaakceptowana również zewnętrznie, bo wtulił się i bezpiecznie sobie zasnął.

Był genialnym niemowlęciem, spokojnym, śpiącym, jedzącym słowem na medal. Był dokładnie taki jak trzeba było, aby mama mogła poradzić sobie z nim i siostrą sama w domu. Tak było przez pierwsze miesiące, ale latem zaczęły się schody czyli problemy ze skórą. Stwierdzono AZS. Zaczął się okres wyjątkowo trudny - swędziało, być może piekło i bolało ,bo po kąpielach mieliśmy straszną wrzawę i trzeba było się mocno naszarpać żeby go ubrać i żeby nie zwiał z przewijaka. I dieta drakońska, dzięki której nie musiałam się troszczyć, że jakieś kilogramy mi po ciąży zostaną. A wieczory spędzane na bieganiu do drapiącego się Adasia i wertowaniu internetu w poszukiwaniu ratunku i pomysłu co uczula. Na pomysł wpadł pewnego razu tata i postanowiliśmy stroić Adasia w bawełnę organiczną. Dziś już nie wiem czy to było to czy tylko zbieg okoliczności, ale skóra wyglądająca już dramatycznie, w ciągu paru dni zrobiła się czyściutka. To było jak cudowne ozdrowienie i dla nas powrót do normalnego funkcjonowania w okolicy listopada.

Adaśko stanął na nogach w siódmym miesiącu po bardzo zawziętych próbach przy szczeblach łóżeczka. Szybko też zaczął raczkować, motywowany zapewne poruszającą się w okolicy siostrą. Na dalszym etapie, nie specjalnie miał ochotę artykułować słowa, za to w wieku około rocznym przystąpił do piszczenia wchodząc na częstotliwości nieznośne dla naszych uszu. Najbardziej dało nam się to we znaki na wakacjach nad morzem, gdzie, mieszkając w jednym pokoju, obok pokoi innych gości, Adaś realizował się na całego. Za to potem odrabiał ewentualny dyskomfort zamiatając kilka razy dziennie korytarz gospodarzom.

A jaki jest dzisiaj? Nieco zachowawczy, ostrożny wobec obcych, uważny i dokładny. Jak na dwulatka przystało, uparty, buntujący się, samodzielny czasami, a czasami zupełnie na pomoc skazany. 

Myślę, że pod kątem Adaśka, zaczęłam pisać w dobrym momencie. Robi się coraz ciekawiej, a najlepsze, jak sądzę, przed nami. Bo oto liczymy na słowotok rozwojowy po dwuletnim przełomie i na cudne smaczki językowo-dialogowe.

Tak synu, rodzice mają oczekiwania wobec swoich dzieci. Ale bez obaw, nie będziemy Ci życzyć żebyś je spełnił. Tego ewentualnie pożyczymy sobie ;-)

 

niedziela, 22 kwietnia 2012
Standardy i skarby

Zosia jest dzieckiem wysoce niebanalnym, jedynym w swoim rodzaju i wyjątkowym absolutnie. Pomimo całej swej wyjątkowości jednak, Zosia wpisuje się w kilka kanonów właściwych standardom życia dziecka w wieku przedszkolnym. Bywa nerwowa, obrażalska, pogodna, pochmurna, ciekawska, kreatywna, towarzyska, nietowarzyska i tak dalej tym podobnych zalet i nie-zalet można się doszukiwać.

Ochoczo gromadzi i posiada też skarby. Oraz kolekcjonuje. Różne rzeczy.

Skarby bywają przeróżnego rodzaju, choć w większości są to skamieniałości wykopane jeszcze latem w przedszkolnej piaskownicy, znalezione gdzieś po drodze albo zgarnięte z jakiejś bliżej nieokreślonej kopalni skamieniałości. Ale są też skarby zupełnie do kamieni niepodobne - kilka błyszczących gwiazdek, włochaty drucik, pazłoteczko, parę włosów anielskich i tym podobne klejnoty poupychane gdzieś w kąciczkach rozmaitych. I szczerze mówiąc mam wątpliwości czy właścicielka ogarnia jeszcze swoją majętność choć są przesłanki, że jest dość czujna w temacie swoich włości.

Standardem przedszkolaka, niektóre skarby warto mieć zawsze przy sobie, gdzieś w czeluściach kurtkowych kieszeni. I cóż, że sama kieszeń takiej kurtki może ważyć z pół kilo, kiedy przynajmniej nie trzeba szukać nowego wolnego kąciczka skarbowo-kolekcjonerskiego w pokoju i na dodatek jest co pomiętolić i jest się czym ucieszyć włożywszy rękę do kieszeni. Zatem były tam i wędrowały z Zosią zajmując dogodne miejsce zimowym rękawiczkom, skarby następujące:

- różowa spinka do włosów z serduszkiem błyszczącym brokatem

- gwizdek urodzinowy typu rozwijany ślimaczek z żółtego pazłotka przytkany piaskiem

- pomadka nawilżająca

- kolorowa portmonetka w kształcie matrioszki

- patyczek po lizaczku ze zgryzioną końcówką

- oraz kamyki, kamyczki i kamyczunie w ilości sztuk 44.

Wszystko w ścisłym towarzystwie piasku i okruchów pochodzenia kamykowego.

Kurtka poszła do pralki, skarby do pudełeczka, a pudełeczko na pralkę tymczasem. Zosia, przyszedłszy do łazienki, rozpoznała natychmiast swoją własność. Interesowało ją głównie skąd ja te jej skarby wzięłam, gotowa się wzburzać, że jej się gdzieś gmerało i zabrało jej cenne jej i tylko jej! Zadowalając się wyjaśnieniem o kurtce w praniu, zakończyła temat, zostawiając skarby w idealnym przecież miejscu bardzo doskonałym, które same sobie znalazły czyli w łazience na pralce.

Lekcja na dziś: każdy powinien gromadzić nie więcej skarbów niż pomieści jego pokój. I nie więcej niż ma ochotę mieć ;-)

 

  

piątek, 20 kwietnia 2012
Ktoś najukochańszy w rodzinie

Dziś Zosia postanowiła przygotować laurkę dla Kogoś. I nie powie dla kogo, bo to tajemnica. Powie tylko, bardzo tajemniczo, że to dla kogoś z naszej rodziny. I to dla kogoś najukochańszego!

W świadomości mam, że mogą wystąpić różne, chwilowe preferencje, ale przyznam, że słuch wyostrzyłam i serce ciut mocniej zabiło. 

No i cóż... Przepraszam Cię, Małżonku, ale to do mnie nasza córka z tą laurką przypędziła. Z uzasadnieniem, że jestem najukochańszą mamą jaką zna! (I na dodatek jedyną osobą w domu, poza śpiącym Adasiem;-) )

Ale to jeszcze nie koniec tej krótkiej co prawda historyjki. Za moment zostałam poproszona o drugą kartkę A4 w celu przygotowania kolejnej laurki dla kogoś najukochańszego z naszej rodziny. A gdy już serce dla Taty zostało wymalowane najstaranniej jak się da, ubyła mi jeszcze jedna kartka formatu A4 z przeznaczeniem oczywiście dla najukochańszego w rodzinie Adasia. 

Sielankowo czasami bywa, ale sprawiedliwie po równo musi być zawsze ;-)

 


Tagi: laurki
23:23, may_bi , Zosia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
O żelkach i tańcach.

Zosia bardzo lubi tańczyć. I umie. Ale po swojemu. A na zajęcia z tańca w przedszkolu chodzić nie będzie. Bo tam nie można po swojemu. Nie chce i nie będzie i "już o tym nie rozmawiajmy", bo ją to męczy. I wcale jej nie przeszkadza, że inne dzieci chodzą, a ona nie. I dobrze, potrafi nie musieć wszystkiego mieć i robić tak jak reszta.

Ale pewnego razu wymyka się jednak Zosi, że ma obawy, że sobie tam nie poradzi. Acha. Zatem wysłuchawszy stosownej argumentacji przekonywująco-zachęcającej, może przejść w fazę bardziej świadomego uporu. I żadne czcze gadanie tego nie zmieni. Za to obiecana torba żelków za jednorazowe uczestnictwo tylko na próbę i już, przełamuje obawy i nadzieja się pojawia. I pewnego piątku, kiedy sprawa już właściwie z powodu rozlicznych chorowań zapomniana, ona idzie. I tańczy. Makrenę i walca ponoć. A potem... entuzjazm, duma, ulga, ślepka jej błyszczą, buzia się śmieje, serducho lekkie i ochota na żelki uzasadniona. I jeszcze entuzjastyczne opowiadanie jak jej się na tych tańcach podobało. I chciałaby jeszcze wiedzieć Zosia, czy ona, na te tańce, to czy będzie mogła chodzić. "No jak będziesz grzeczniutka to cię zapiszemy" pada odpowiedź wychowawcza, co by nie było za łatwo. 

"Hula! Hula!" rozbrzmiewa oczekiwany okrzyk finałowy.

Jedna refleksja mnie jeszcze nachodzi - mianowicie czy to ja posiadam stosowną sztukę perswazji czy może to moje dziecko bywa wybitnie łakome? Tak czy inaczej, pozwalam sobie odnotować malutki plus w rubryce sukcesy:-)

piątek, 13 kwietnia 2012
O dylematach

Kto ich nie ma...?

Zosia nie lubi gdy się na nią mówi "Zocha" i o tym wie już chyba każdy kto popróbował. Ale ostatnio jest w rozterce, bo nie wie czy przypadkiem nie została obrażona, gdy koleżanka ze starszej grupy powiedziała do niej Zonka. Temat nastręczył jej kolejne refleksje okołoimienne, no bo dla przykładu, jeśli na "Flanka" powie "Flanol" to już będzie obrażenie czy nie??

Nie wie też jaką bajkę mam przeczytać w jej grupie w ramach akcji czytania dzieciom. Bo dziewczynki oprócz niej i Leny lubią tylko lale, a chłopcy (oprócz Franka) tylko samochody. A to nudne przecież...

Mnie z kolei nachodzą wątpliwości, czy aby potrafię wychowywać własnego syna czy może już sobie pozwoliłam wejść na głowę. Czy to, że dziś wyszliśmy na spacer z 1,5 godzinnym poślizgiem, czyli wtedy kiedy szanowny On pozwolił, to już degraduje moje zdolności wychowawcze? A może w efekcie uszanowałam jego wolę wkładania i zdejmowania ubrań ileś razy i paradowania na golasa dla zabawy? Nie wiem, ale poczucie bezradności i wściekłość wypłynęły ze mnie głośnym potokiem...

Ale od czasu do czasu człowiek jednak miewa pewność swoistych prawd i na dodatek ta pewność jest niezaprzeczalna, żeby nie wiem jak się chciało widzieć to inaczej.

Ja wiem na pewno, że nadal będę omijać szerokim łukiem jeden warzywniak na osiedlu, ponieważ wiem i jestem w tej wiedzy utwierdzana, że jego właściciel jest wytrawnym chamem i ma w głębokim niepoważaniu zarówno kobiety w zaawansowanej ciąży jak i użytkowników dróg, chodników i przejść dla pieszych. Tak, tak, nagrabił sobie...

Wiem także bardzo dobrze, że po ciąży został mi brzuszek. Ale już dawno dałam za wygraną i doszłam do fazy godzenia się z losem w tym temacie. Tak mi dobrze poszło, że już właściwie do niego przywykłam, już go prawie nie widziałam, a przy udanym zestawie ubraniowym nawet znikał jakby. Ale gdy wczoraj sąsiadka pogratulowała mi trzeciej ciąży, wiem już, że nie znika, że nie przywykłam i że wyglądam ciągle jakbym była, choć nie jestem. W tej ciąży. Tego też jestem pewna. Choć mam wątpliwości czy dotarło to do koleżanki sąsiadki...

Zosia natomiast jest pewna, że nie ma ochoty wstawać akurat w te poranki kiedy się ją budzi. Wie też dobrze, że rano ma lepsze rzeczy do roboty niż zakładanie ubrań. Jest również absolutnie przekonana, że to w przedszkolu gotują najlepiej i że jedna bajka na dobranoc to zdecydowanie za mało. Ostatnio też z całą stanowczością stwierdza, że w łazienkowej rurze odpływowej jak również pod łóżeczkiem Adasia czai się potwór, natomiast już ten ze szpary między ścianą i jej łóżkiem przeszedł w sferę dylematów.

Tak, jest parę pewników, które sprawiają wrażenie, że nie lewitujemy gdzieś w niewiedzy permanentnej, a dylematy dają zajęcie zszarzałym komórkom coby nie popaść w jakże niechwalebny stan niemyślenia.

Zatem jeszcze przez chwilę poroztrząsam, tak dla sportu, czy wolę cidre czy tradycyjny soczek jabłkowy a potem pobiegnę się wysypiać, bo na brzuszki to już na pewno nie mam dziś ochoty. Pomimo całej świadomości możliwych kolejnych sąsiedzkich pogaduszek o mojej ciąży. 

Miłych snów  życzę sobie i wszystkim nocnym markom. Dobranoc!

niedziela, 08 kwietnia 2012
O jajkach. I kiełbasie

Wracam jeszcze raz do Wielkanocy sprzed lat tylu, że już nie chce mi się zliczać, ponieważ niechcący ominęłam najbardziej emocjonujący wątek sobotnich przygotowań. Chodzi mianowicie o święcenie pokarmów. Mieszkałam na wsi i, nie wiem czemu tak się działo, ale na ogół najistotniejsze nie było jasne - czyli gdzie i kiedy. Po części było tak dlatego, że usiłował funkcjonować kiepski system organizowania takich święceń pod przydrożnymi kapliczkami i krzyżami, co sprowadzało się zazwyczaj do stanu ogólnego chaosu. Zważywszy na to, że parafia była rozległa i rozlazła, to nigdy jakoś nie było wiadomo czy aby będzie jechał tą drogą, czy może tamtą? czy dotrze pod ten nasz wyszykowany stoliczek, wytaszczony spod czyjegoś telewizora i ustrojony białym obrusem i prymulką prosto z parapetu; czy weźmie i pojedzie tamtędy i nas ominie, bo "tamte" też wzięły stolik i liczą, że to koło nich będzie jechał. Tak, konfliktowo też bywało. Lecieć ze stołem czy nie, przyjedzie czy ominie? Tu się różne obozy ścierały i jedne organizowały, inne na pewniaka wolały do kościoła (ale to ze 2KM) albo jakoś nikczemnie na popołudniowej mszy sprawę załatwiały. Jako mała dziewczynka, przejęta odpowiedzialnym zadaniem złapania paru kropel święconej do koszyka, pod opieką temperamentnej babci o wysokim instynkcie organizatorskim, miałam poczucie misji i niemałego stresa, że nie uda mi się zadbać o to, aby święconka święconką kiedy trzeba się stała.

Wczoraj natomiast Zosia zapragnęła przejąć koszyk we własne niepewne, kilkuletnie rączęta, aby go zanieść do kościoła. Z samochodu. Na to akurat niestety pozwolić nie mogłam. W takich momentach zapala mi się lampka gdzieś pod sklepieniem i przypomina, jak będąc taką kilkuletnią właśnie, wywaliłam się przed samym kościołem, razem z tym pełniuśkim koszykiem, pisankami i barankiem. A pamięć jest bezlitosna i wciąż widzę tę kiełbasę turlającą się po chodniku i babcię łapiącą i tę kiełbasę i resztę prowiantu wraz z poprzylepianymi paprochami. Na dodatek gleba była podwójna. Bo myśmy z koleżanką przez całą drogę uciekały innej koleżance (takiej co się jej nie lubiło) i żeśmy się oglądały zadowolone, że daleko została ze swoją babcią, i z naszymi też, a my, jak ten peleton, zaiwaniałyśmy, że hej. I że te koszyki mogłyśmy nieść. A potem wszyscy zobaczyli. I ta nielubiana też. 

Słowo daję, że mocny dyskomfort odczuwam na myśl, że znowu się coś z mojego koszyka wysypie, poturla, rozbije, i że będę zbierać i z paprochów otrząsać i że będą to widzieli i że właściwie nie wiem co. Ale to jeden z najbardziej krępujących scenariuszy, takich co to wydają się niezmiernie łatwo realizowalne. Wystarczy moment i bach!

Ale obiecuję, że Zosia i Adaś w przyszłym roku też dostaną odpowiedzialną misję i będą mogli z duma poparadować z koszyczkami w garści do kościoła. Z samochodu. I poświęcić ozdobne pisanki. Takie nietłukące, z drewna... ;-)

kwestie obyczajowe

 

Niedawno Zosia bawiła się z babcią. Na koniec babcia poukładała laleczkę i pana żabę w jakimś pudełku, mówiąc, że idą razem spać. Zosia się obruszyła:

"Ale nie mogą, bo jeszcze się nie ożenili!"

Wygląda na to, że obyczajowa edukacja pozadomowa (czyt. koleżeńska) na etapie przedszkolnym ma się dobrze.  I póki co jest jeszcze zgodna z poprawnością polityczną ;-) 

 


Wspomnieniowo przyszłościowo

Święta, święta. Wycieranie, szorowanie, wieszanie firanek, brzęczenie miksera i zarywanie nocy ślęcząc gdzieś w kuchni. A rano, na kuchennym stole, świeżutki obrus z kancikami pozostałymi po pozycji równiutko złożonej w szafie.

A co swoistego?

Mama robiła pisanki. Takie fachowe, malowała woskiem, potem farbowała. Pamiętam też technikę wyskrobywania wzorków na farbie. Ależ mnie to fascynowało.

I różne ceremonie w kościele, frapujące bardzo w czasach wczesnoszkolnych i w tymże towarzystwie. A w niedzielę rezurekcja. Obowiązkowo i z wielką chęcią.

A po konsumpcji okołoobiadowej, regularny spacer do lasu w sporym gronie. Każdy szedł w swoim wąsko pojętym celu. Mój w najodleglejszych wspomnieniach to radosne skubanie przebiśniegów i zawilców na bukiet. A potem bywało różnie.

A w poniedziałek wariactwa z wodą.

Minęło sporo czasu. Teraz już nie zrywam się by zdążyć na 6.00 i nie spędzam świąt w pobliżu lasu. A pisanki są. Ze trzy. I bez wzorków. Mamie się już nie chce, a ja artystycznie wolę wyżywać się inaczej.

I teraz, chcąc nie chcąc, pracuję nad wspomnieniami dla moich dzieci. 

Życzę sobie spokoju. Więcej spokoju.

 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi